








(6/10)
Array
Mrocznawe widmo
Kinematografia indonezyjska, ni chuja, znana nam nie jest i być nie może. Czego się można spodziewać po filmie z takiego, biednego zapewne (a gdzie to jest, koło Indii?), kraju? Ano, dramatycznej opowieści o ciężkim losie mieszkańców na przemian z egzotycznymi, kontrastowo rajskimi krajobrazami. A tu nic z tego nie dostaniecie. Ten film to eksperymentalna mieszanka trudnych gatunków, która formalnie udać się nie mogła. Cóż, chwała poległym.
Oto czarny kryminał rozgrywany w mrocznawym (nie mrocznym, niestety) świecie. Bohaterem z początku zdaje się być narkoleptyczny dziennikarz otoczony, jak na gatunek przystało, zgorzkniałymi policjantami i politykami budującymi jakieś szemrane intrygi. Są ofiary niewytłumaczonych morderstw, śledztwo, oraz dramat osobisty protagonisty – żona się z nim rozwodzi bo… zasypia w kluczowych dla harmonijnego pożycia małżeńskiego momentach. Klaustrofobiczna atmosfera, tajemnica przykrywająca jakąś nieczytelną na tym etapie szerszą intrygę, przywodzą na myśl całkiem zacne przecież „Dark City”, czy „13th Floor”. Szybko rozrzedza się to jednak na rzecz horroru: pojawiają się pokraczne zjawy i więcej zmasakrowanych trupów.
By tego było mało, rzeczywistość miesza się nierozróżnialnie z sennymi majakami narkoleptyka, i tak to elementy fantastyczne wkradają się niepostrzeżenie w świat przedstawiony, by, gdy już nie wiemy co dzieje się naprawdę, ostatecznie nim zawładnąć. Trochę szkoda, bo potencjał leżący w takim podejściu do narracji (jak chociażby w pierwszych filmach Nolanana: Memento, Insomnia) został jednak roztrwoniony.
Całość zaczyna się jak czarny kryminał, kończy jako fantasy, a mimo wszystko fabuła ma jakiś tam sens, naiwny, a owszem, jednak ostateczne wyjaśnienie wszystkich zagadek, jakkolwiek mocno pojechane, jest zaskoczeniem.

Przyznaję, że jest tam kilka fajnych momentów i jeden ciekawy pomysł, ale obciąłbym ze dwie gwiazdki za to wkurzające hollyudawanie.